To Ty jesteś KREATOREM swojego życia!

"Wszystko, co Cię w tej chwili otacza, włącznie z tym na co narzekasz, sam przyciągnąłeś. Wiem doskonale, że jest to coś o czym nie chcesz w ogóle słyszeć. Powiesz od razu: "Nie przyciągnąłem tego wypadku samochodowego, nie przyciągnąłem tego klienta, z którym mam poważne kłopoty. Nie przyciągnąłem tego długu. Niestety muszę zaprzeczyć tym słowom i powiedzieć dobitnie: owszem, przyciągnąłeś to wszystko"

Tę wypowiedź usłyszałam po raz pierwszy jakieś 15 lat temu, na gruzach mojego trzydziesto paroletniego życia. Choć wydawała mi się szalona, przeszyła mnie na wylot i z dzisiejszej perspektywy widzę ją jako tę, po której już nic nie było takie samo. Pochodziła z filmu "Sekret", który ktoś mi wtedy polecił. Pamietam, że siedziałam z dwójka małych dzieci na nierozpakowanych kartonach w obcym wynajętym mieszkaniu i przecierałam oczy i uszy patrząc na Joe Vitalego, który z oczywistą oczywistością ją wygłaszał. W wyniku oszustwa straciłam dwa mieszkania, a potem w wyniku tej straty - straciłam jeszcze więcej. Byłam potwornie zadłużona w bankach, u przyjaciół i rodziny. Do pełnego spektrum nieszczęść brakowało tylko choroby. Myślałam sobie: Boże, to jakieś szaleństwo! Jak, w jaki sposób miałabym ten cały koszmar, który mnie spotkał przyciągnąć?! Kto przy zdrowych zmysłach chciałby samowolnie stracić mieszkanie, popaść w długi i w ogóle pakować się w nieszczęścia? Nie, no ten gość jest kompletnie odjechany!- myślałam o Joe Vitale. Zresztą całe to "sekretowe" towarzystwo wydało mi się mocno podejrzane.  Ktoś mówił, że jest magnesem i jak magnes przyciąga pieniądze, ktoś inny, że robi pstryk i ma posiadłość z basenem , a jeszcze inny rozmawia w tej sprawie z Dżinem. Pamiętam też, że zapytałam męża, fizyka, czy moje myśli mogą mieć jakąś energię, bo to sedno prawa przyciągania, o którym traktuje "Sekret". Odpowiedział  "Bo ja wiem, chyba nie." Mąż nie miał wówczas wiedzy na temat fizyki kwantowej , dlatego nie zadowolił mnie odpowiedzią na kolejne pytanie: czy może w takim razie moje emocje i nastroje, które wpływają na myśli, mają jakąś energię. Nie miał watpliwości co do stwarzania świadomego i stwarzania tak zwanych dobrych rzeczy: "Przecież myślisz jak czegoś dokonujesz, działasz, tworzysz i na ogół robisz to w dobrym nastroju, podnieceniu, euforii i ta energia pcha Cię do przodu". Ale już sprawa wypadków, strat, nieszczęść, które rzekomo też sami stwarzamy wydała mu się mocno podejrzana. Ech ci Amerykanie!- pomyślałam i postanowiłam temat odłożyć do lamusa. Ale on wracał i wracał...a ja coraz bardziej go zgłębiałam. Nie jakoś otwarcie, no bo jak ja, intelektualistka po UJ-cie i poważna dziennikarka, mogłam przyznać się do oglądania jakiejś, jak to powszechnie określano niuejdżowskiej paplaniny. Robiłam to potajemnie, zamykając się z laptopem i analizując wszystko, łącznie z kupą słonia, która pojawia się w filmie jako ilustracja braku buforu czasowego (gdyby go nie było, tego buforu, to słoń mógłby w mgnieniu oka zejść z fotografii, na którą patrzymy i wyrazić nasze emocje na...podłodze w naszym pokoju przykładową kupą!!!)  . I powiem tak: teraz to ja sobie o całym tym prawie przyciągania prawię z lekkością, ale wtedy naprawdę musiałam się wpatrywać w filmowy obraz i wsłuchiwać w tok myślowy , aby zrozumieć,  o co tym "sekretowym" prelegentom chodzi...Jako rasowa pochłaniaczka książek, weszłam też w literaturę tzw. rozwojową, głównie amerykańską, która wraz z "Sekretem" przebijała się do Polski. Skończyło się to tak , że na kilka dobrych lat moja polonistyczna biblioteka światowej i polskiej literatury pięknej pokryła się kurzem. Koniecznie chciałam zgłębić proces świadomej kreacji życia i wszystkiego czego pragnęłam, tak jak robili to moi Amerykanie z "Sekretu". Początki tej jak to dziś określam - wielkiej przygody, nie były łatwe. Z tego też względu, że urodziłam się i wychowałam w Polsce, gdzie mentalność  ludzi naszpikowana jest wielką dawką pesymizmu, cierpienia i beznadziei, a polskie okrutne losy, w tym los mojej rodziny, dają pełne prawo do odczuwania tego typu uczuć. Dlatego też, kiedy wylądowałam na moim pierwszym szkoleniu na temat świadomego kreowania rzeczywistości, przeżyłam szok.  Uczestnicy kreślili parametry swoich namacalnych pragnień, tak jak się robi listę zakupów. Przykładowo: jeśli miał być wykreowany ( przyciągnięty! bo w istocie chodziło o prawo przyciągania, ale dla mnie jest to to samo) dom, to trzeba było określić, jak wygląda w marzeniu co do każdego szczegółu, podać miejsce i opisać okolicę, no wszystko wszystko. Podobnie z opisem ludzi, których chciało się przyciągnąć do swojego życia - partnera, pracodawcę czy klienta ( z detalami jak wygląda, jak się ma zachowywać, skąd pochodzić, jak ma z nami spędzać czas itp.  Słowem trzeba było nadać pragnieniu realny obraz. Przyznam szczerze, ja nie umiałam wtedy wejść w taki proces kreacji. Mój arkusz papieru A4 świecił bielą i świecił, aż w końcu wystukałam w telefonie sms do przyjaciółki: "Słuchaj, trafiłam chyba do sekty albo jestem wsród jakichś czubków!" i... na wszelki wypadek podałam adres. W tym miejscu przydałby się jakiś uśmiechnięty emotikonek, bo wiadomość,  którą mam do przekazania jako puentę jest bezwględnie optymistyczna. Z dzisiejszej piętnastoletniej historii mojego samorozwoju, mogę śmiało napisać, że można, można świadomie wykreować absolutnie wszystko. Potrzebna jest tylko wewnętrzna przestrzeń na to, którą jest świadomość.  99,99999...całości kreacji to przestrzeń - mówią dziś naukowcy. Materia to ta pozostała niewielka cząstka, ale ponieważ skupienie jest tylko na niej, to wydaje się wszystkim. Jak poszerzałam swoją świadomość kreacji, jak ją rozwijałam i rozwijam nadal, bo jest to proces, który jak myślę będzie trwał do końca mych dni na planecie Ziemia, i że nie jest to łatwe ale nie niemożliwe, napiszę w kolejnych odcinkach "Kreatorki" Zapraszam do czytania. Lucyna